cogito

Wakacje – praca od świtu do nocy

Nareszcie odpoczynek? Nic z tych rzeczy! Dla nich wakacje to praca od świtu do nocy. Pensjonat, gospodarstwo agroturystyczne, kawiarenka przy deptaku – to rodzinny biznes, a wakacyjny zarobek musi zapewnić utrzymanie przez cały rok.

Od czerwca się zaczyna

Paulina (II klasa gimnazjum) od dawna już wie, że wszystkie szkolne sprawy muszą być załatwione do końca maja. Nie zostawiać na czerwiec żadnego poprawiania ocen, zakuwania, wyjaśnić sytuację – o ile trzeba – wcześniej. Ta sama zasada obowiązuje starsze rodzeństwo Pauliny – siostrę licealistkę i brata, który już rozpoczął studia. Piotrek wprawdzie nie zawsze może uczestniczyć w domowych pracach, studiuje w Krakowie, ale stara się jak najszybciej uporać z egzaminami w letniej sesji, aby wrócić i pomagać w domu. Każda para rąk jest potrzebna, kiedy zaczyna się wakacyjny sezon.

– Na całe wakacje przeprowadza się do nas babcia, bo to ona potem rządzi w kuchni – opowiada Paulina. – Niektórzy goście już jak dzwonią wiosną i rezerwują pokój, to pytają, czy gotować będzie pani Basia, bo oni cały czas pamiętają jej pierogi i placki.

Rodzice Pauliny prowadzą pensjonat w Beskidzie Żywieckim. Goście przyjeżdżają tu, aby pochodzić po górach, ale przede wszystkim uciec z miasta, pooddychać świeżym powietrzem. Niektórzy spędzają tu wakacje od kilku lat, doskonale znają całą rodzinę.

– Zawsze, jak przyjeżdżają, to wołają: ale urosłaś! Albo: ale masz długie włosy! A potem jest cała seria pytań – o to, czy kocica ma małe i czy są już jagody w lesie albo grzyby i czy można się kąpać w potoku. Bardzo lubię te chwile, czuję się trochę tak, jakbym się spotykała z rodziną na święta.

Ale wakacyjna codzienność Pauliny nie ma nic wspólnego ze świątecznym leniuchowaniem. Do jej obowiązków należy przede wszystkim dbanie o podwórko i jego mieszkańców. Pilnowanie psów, żeby przyzwyczaiły się do gości, kotów, żeby nie wchodziły, gdzie nie trzeba, karmienie ich, uprzedzanie gości, który kot drapie, a którego spokojnie mogą dzieci głaskać. Sprzątanie terenu, chowanie leżaków i stolików przed deszczem, czyszczenie piaskownicy i sprawdzanie, czy huśtawki, zjeżdżalnie działają jak należy. To codzienność. Przez prawie trzy miesiące, z różnym nasileniem, zależnie od liczby gości. Choć ich raczej nie brakuje, pensjonat od lat ma pełne obłożenie.

– U nas mniej więcej jest taki podział, że ja ogarniam podwórko i zwierzęta, Piotrek pomaga ojcu w zakupach i jakichś większych organizacjach, transporcie, naprawach, a Asia (siostra, licealistka) jest z mamą odpowiedzialna za pokoje. W wakacje wstajemy zazwyczaj koło siódmej, rodzice nawet wcześniej. Bo jak goście chcą iść w góry, to muszą dostać szybko śniadanie. Czasem Piotrek jest ich przewodnikiem, jeżeli proszą o to. Albo organizujemy dla dzieciaków coś – podchody, ognisko, wycieczkę rowerową, jedziemy nad zalew. Jak jest spora grupa dzieci, to się takie kolonie trochę robią.

Pracy nie brakuje, czas leci błyskawicznie. Paulina przyznaje czasem, że trochę zazdrości, kiedy we wrześniu koleżanki w szkole opowiadają o wyjazdach, obozach, Chorwacji. Wie jednak, że pensjonat jest podstawą utrzymania ich rodziny i źle by się czuła, gdyby w tym nie pomagała. Planuje jednak w sierpniu wyjechać na tydzień do znajomych rodziców nad morze, bo była tam tylko raz – jako mała dziewczynka.

Sezonowe zasuwanie

– Rodzice prowadzą nieduży sklep spożywczy w centrum miasta – opowiada Rafał, gimnazjalista z Dębek nad morzem. – No i wiadomo, co tu się dzieje latem. Piwo, napoje, lody, czynne do północy prawie. Mama otwiera sklep o szóstej i jest w nim cały czas, razem z jedną pracownicą. Ojciec odpowiada za dostawy, za dokumenty, ale wieczorami, kiedy przychodzą ludzie głównie po alkohol, to on staje przy kasie, bo bywa różnie.

Rafał jest jedynakiem, do niedawna wakacje spędzał głównie pod opieką babci – wyjeżdżał do niej albo jechał na kolonie. Teraz sam zaproponował rodzicom, że woli pomagać, bo zdaje sobie sprawę z tego, że zarobek w letnie miesiące musi być jak najlepszy.

Poza sezonem w Dębkach życie płynie leniwie i obrót jest niewielki. – Ustaliliśmy z rodzicami, co konkretnie będę robił i w jakich godzinach. Rozkładanie towaru, metkowanie, sprawdzanie dat ważności, spisywanie dla ojca, czego brakuje. Wszyscy dookoła mówią o kryzysie, a ja miałbym siedzieć na plaży i nudzić się, kiedy moi starzy zasuwają? Zresztą, nie lubię plaży latem, bo jest głośno i brudno. Zdecydowanie wolę morze po sezonie.

Nic tu nie jest moje!

Nieco inaczej na wakacyjne obowiązki patrzy Gośka (tegoroczna absolwentka gimnazjum), córka mazurskich właścicieli gospodarstwa agroturystycznego.

Rodzice działają w tej branży dopiero od kilku lat, dlatego z każdym rokiem chcą zdobywać coraz więcej klientów i coraz większą renomę. Wzięli spory kredyt, aby rozbudować przejęte po dziadkach gospodarstwo i każdy wydatek musi być dokładnie przemyślany. Nic więc dziwnego, że starają się ograniczać koszty i prawie wszystkie obowiązki wykonują sami. Latem zatrudniają jedynie instruktora jazdy konnej oraz panią pomagającą w kuchni.

– Jak przyjeżdżają tu ludzie i widzą konie, jezioro, las, to mówią: ale ty masz ekstra życie! – Gośka nie kryje emocji. – Nic nie odpowiadam, nie mam siły ich uświadamiać, że najchętniej zamieniłabym się z kimś mieszkającym w mieście i nudzącym się w wakacje. – Bo po pierwsze to wszystko przestaje być moje. Nie mogę się czuć swobodnie, jak idę po własnym podwórku, bo tu wszędzie są ludzie, wszędzie włażą – dzieciaki bujają się na mojej huśtawce, bez przerwy ganiają za kotami, do stajni się pakują. To mnie najbardziej irytuje. A mama tylko powtarza, że mam być miła. Jak mogę być miła, jak ktoś bez pytania bierze mój rower i jedzie do lasu, bo myślał, że to jest „na wyposażeniu”?

Gośkę najbardziej irytuje, kiedy ludzie nie szanują zwierząt, uważają, że „pojeździć na koniku” można sobie o dowolnej porze, zdziwieni są, że konie w upalne południe nie pracują, tylko odpoczywają w stajni albo na zacienionym pastwisku. Na szczęście takimi pertraktacjami – grzecznymi, bo przecież goście muszą być zadowoleni – zajmuje się głównie Tomek, instruktor jeździectwa. – Mogłabym chyba spisać książkę głupich tekstów i zachowań ludzi. Czasem to aż mi się ciśnienie podnosi, ale nie mogę nic powiedzieć, bo mama potem mi robi awanturę, że jestem niekulturalna. Więc wolę wykonywać swoją robotę i nie zwracać na niektórych uwagi.

Nie ma żadnych dobrych stron? Są, przyznaje Gośka. Czasem zdarzają się naprawdę mili ludzie i przyjaźnie, które długo trwają. Fajne są też wspólne ogniska, ze śpiewem, gitarą i pikantnymi dowcipami. I zeszłoroczny wspólny spływ po jeziorze samodzielnie zrobionymi tratwami. Gośka do tej pory nie może przestać się śmiać, kiedy o tym opowiada.

Zdjęcie użyte na mocy licencji Ingram Image

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji ?
Zrobisz to wypełniając poniższy formularz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *