bez-tytulu

Pakosia, Pakosianna, Pakośka…

Śmiech Katrzyny Pakosińskiej rozpozna każdy. Co robiła i o czym marzyła ta znana artystka kabaretowa w Twoim wieku? Czy lubiła szkołę? Jaki ma przepis na rozkręcenie kabaretu w gimnazjum?

 

Victor: Rodzice chcieli, by została Pani…

Katarzyna Pakosińska: Prawdopodobnie naukowcem. W każdym razie kimś z bardzo konkretnym zawodem. Zatem to, czym się zajmuję, jest dla nich totalnym kosmosem. Do dziś zdarza mi się jeszcze usłyszeć: „No, kiedy wreszcie zajmiesz się czymś poważnym?” (śmiech)

Na przykład malarstwem? Co z nim?

K.P.: Zawsze marzyłam, by być kimś nieprzeciętnym. A moje malarstwo było jedynie poprawne. Nie zatrzymywałam się więc i ruszyłam na dalsze poszukiwania siebie. Jednak liceum plastyczne to jedna z najwspanialszych przygód artystycznych w moim życiu. Wiedza tam zdobyta promieniuje na wszystko, czym się zajmuję. Przyznam, że w wolnych chwilach wciąż sięgam po pastele i rysuję. To wspaniałe chwile, kiedy mogę pobyć sobie ze sobą.

Pewnie nie ma tych wolnych chwil wiele, bo scena to pożeracz czasu. Kiedy zaczęła Pani występować?

K.P.: Pierwsze przygody sceniczne to koncerty taneczne. Przez lata tańczyłam w zespole folklorystycznym. Profesjonalne wyjście na scenę to rok 1992 i teatr Stara Prochownia. Zagrałam wtedy w rewelacyjnej sztuce o Manon Lescaux u boku Wojciecha Siemiona i Andrzeja Chyry. Zaraz potem pojawił się film… Kabaret był ostatnią formą, o której bym pomyślała.

Na podwórku była pani bohaterką drugiego planu czy przywódcą bandy?

K.P.: Początek to raczej drugi plan. Byłam bardzo nieśmiała. Pamiętam jednak, że w ostatnich latach szkoły podstawowej, może pod wpływem serialu „Stawiam na Tolka Banana”, założyłam swoją bandę. To, że jej przewodziłam, udowadniała piękna finka (nóż, dawniej wyposażenie harcerzy – przyp. red) u paska zakupiona w składnicy harcerskiej. Wówczas marzenie moich rówieśników. Działaliśmy na zasadzie „niewidzialnej ręki”, czyli pomocy w sekrecie dla potrzebujących… Zdarzało mi się jednak działać „poza programem” i na przykład zamknąć na noc w szkolnej szatni krnąbrnego kolegę (śmiech).

Nudziła się Pani w szkole?

K.P.: Uwielbiałam szkołę. Należałam do tej grupy dziwnych dzieci, które cierpiały, gdy nadchodziły wakacje. Co prawda na nudę nigdy nie narzekałam, wyobraźnia od najwcześniejszych lat mi szalała. Bardzo lubiłam geografię i kartkówki z długości i szerokości geograficznej, te podróże palcem po mapie…. To się chyba kwalifikuje na jakieś badanie, prawda? (śmiech)

Jakie miała Pani ksywki?

K.P.: Najczęściej były to najróżniejsze transformacje mojego nazwiska: Pakosia, Pakosianna, Pakośka, Pakosa. Ale były też takie jak np. Samanta. Od Samanty Fox, popularnej wokalistki z lat 80-tych, której cechą charakterystyczną był niski wzrost, za to duży… no właśnie. Tej ksywki nie lubiłam. (śmiech)

Od czego powinna zacząć grupa gimnazjalistów, która chce założyć kabaret?

K.P.: Na początek najważniejsza jest zgrana grupa i potrzeba dobrej zabawy. Jeśli „pióro satyryka” od razu się w grupie nie pojawi – bo do tego się trzeba naprawdę otworzyć – fajnie pokombinować z gotowymi skeczami, pohulać w ich interpretacjach. By nabrać odwagi i zacząć tworzyć własny styl. Warsztat. Jeśli jest ku temu pasja, frajda i pokora – wszystko się pojawi we właściwym czasie.

Czy nie jest tak, że gdy na prywatnej imprezie pojawia się kabareciarz, to uczestnicy myślą, że zaraz będzie niezła zabawa. A tymczasem kabareciarz jest zabawny tylko zawodowo?

K.P.: Smutasami na pewno nie jesteśmy. Tylko czasem i my chcemy po pracy odpocząć… Choć myślę, że ten specyficzny zmysł obserwacji otoczenia i reakcji na to ,co się dzieje dokoła, nigdy się w nas nie wyłącza. Lubię spędzać czas z moimi przyjaciółmi. I jest tak, że kiedy czuję spadek energii spotkania, to żebym nie wiem jak padała na twarz – będę błaznować ku ich i własnej uciesze.

Łatka „rozśmieszacza” pomaga, ale pewnie czasem przeszkadza?

K.P.: To nie jest już „łatka”. To moja wizytówka, którą bardzo lubię, bo jest naprawdę moja. Na początku mojej drogi, przyznaję, trochę z nią walczyłam. Bez sensu. Jak się okazało, na tym języku i wiedzy, da się budować bardzo dużo i nieskończenie. Czy jest to aktorstwo czy pisanie czy prowadzenie programów lub nawet wykładów edukacyjnych.

Czy pisanie dla dzieci wymaga szczególnych zabiegów? Jest łatwiejsze niż pisanie dla dorosłych?

K.P.: Pisanie dla najmłodszych jest najtrudniejszą rzeczą pod słońcem, jeśli się już o swoim dziecięcym świecie i marzeniach zapomniało. A ponieważ ja… no właśnie (śmiech). Bardzo lubię te Malinowe przygody. Nie ma tu potrzeby trzymania w ryzach wyobraźni, tu wszystko jest możliwe. Pisanie dla dzieci sprawia mi ogromną przyjemność. Szczególnie dialogów, zabaw językowych, zagadek. Cieszę się, że moi czytelnicy to czują i dają się w to błyskawicznie wciągnąć po uszy. 

  • Katarzyna Pakosińska – artystka kabaretowa, aktorka, konferansjerka, dziennikarka, pisarka. Studiowała polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, a przy okazji współtworzyła Kabaret Moralnego Niepokoju. Jej wizytówką jest piękny uśmiech i ogromne poczucie humoru. Niedawno ukazała się jej książka „Malina szał-dziewczyna” – najzabawniejsza lektura dla dziewczyn i chłopaków zamieszkujących Europę Środkową.

 

 

Z Katarzyną Pakosińśką rozmawiał Artur Maciak
Zdjęcie: P. Wachnik

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji ?
Zrobisz to wypełniając poniższy formularz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *