lara

Czy GOTUJĄC, da się przekazywać uczucia?

Lara Gessler, córka słynnej restauratorki Magdy Gessler, pasję do gotowania odziedziczy
ła po mamie i tacie – cukierniku. Fachu uczyła się od najlepszych mistrzów w Nowym Jorku, a doświadczenie zdobywała m.in. w restauracji londyńskiego hotelu Metropolitan. Jest współwłaścicielką restauracji U Fukiera oraz Słodki Słony. Jej debiutancka książka „Słodki zielnik Lary” to efekt fascynacji naturą, potrzeby dawania czegoś ́ innym i chęci podzielenia się wszystkim, czego nauczyła się do tej pory.

„Victor”: O której wstajesz?
Wstaję o różnych porach. Ostatnio około ósmej. W ciągu pierwszych dwóch godziny muszę zjeść śniadanie. Potem czas na mejle i sport. Ostatnio tenis mi „wszedł” bardzo mocno. Tenis i bieganie – to moje ulubione rzeczy.

V.: Pracowałaś w wakacje od 12-go roku życia. Nie za wcześnie?

L.G.: Myślę, że miałam dużą potrzebę bycia w grupie, należenia do jakiegoś zespołu, ale też wynikało to z potrzeby samodzielności. Od zawsze wpajano mi szacunek do ludzi, którzy pracowali i wydawało mi się, że nie ma nic gorszego, niż przyzwyczaić się do faktu, że ma się pieniądze. Stąd ta wewnętrzna potrzeba, by pracować. I pracowałam. Nawet nie zarobkowo. Chciałam pracować dla samej pracy. Faktycznie, każdego lata, od 12. roku życia robiłam bardzo różne rzeczy. Pomagałam w restauracji w sezonie letnim, na ogródkach: wymieniałam popielniczki, rozdawałam serwetki, koce, zapalałam świeczki. To były proste czynności, które wyrabiały poczucie obowiązku. W okresie przedświątecznym zgłaszałam się, żeby składać pudełka na ciastka (wtedy potrzeba bardzo dużo pudełek). Takie zajęcia nie są związane z ryzykiem – są bezpieczne. Warto jednak tego spróbować, bo może odkryjesz coś, co będziesz chciał potem rozwijać. Pierwsze pieniądze zarobiłam, gdy miałam 17 lat.

V.: Podobno kiedyś wzbraniałaś się przed gotowaniem?

L.G.: Będąc nastolatką, angażowałam się w akcje ekologiczne. Byłam społecznikiem, to mnie najbardziej
pochłaniało. Nie jadłam wtedy mięsa. Miałam swoją ideologię i czułam, że jest dla mnie ważna. Chciałam wywierać wpływ na moje środowisko. To było poczucie misji, której chciałam się trzymać. Uważałam je za ważniejsze od gotowania. To mi dawało poczucie sprawstwa, które jest potrzebne młodemu człowiekowi – by miał poczucie, że to, co robi, jest ważne i ma na coś realny wpływ. Bardzo fajnie coś takiego czuć, kiedy jesteś młodym człowiekiem.

V.: Co się stało, że pomyślałaś jednak o gotowaniu?


L.G.: 
Pojechałam do Holandii na praktyki społeczne. Mieszkaliśmy u różnych rodzin, tam gotowałam. To byli dosyć zamożni ludzie. Po pewnym czasie doszło do tego, że zabierali mnie do sklepu i mówili: „Bierz, kupuj, co chcesz i gotuj”. Kilka osób zaczęło mi uświadamiać, że jestem dobra w tym, o co nie zabiegałam. A im dłużej w tym byłam, tym bardziej zaczęło mnie to pasjonować, znalazłam swoją drogę w tym wszystkim.

V.: Wyjechałaś do Londynu. Czego się tam nauczyłaś?

L.G.: Pobyt za granicą daleko od domu uczy przede wszystkim pokory, samodzielności, organizowania sobie czasu. Uczy również dysponowania pieniędzmi. Warto się tego podjąć, by siebie biala-czekoladasprawdzić, by zobaczyć, jak się zachowujemy, gdy nie mamy rodzicielskiego klosza nad sobą. Myślę̨, że to są potrzebne, ale najcięższe lekcje, dotykające do żywego, gdyż bezpośrednio nas dotyczą. Uczy to hartu ducha, wytrwałości. Często spotykamy się tam pierwszy raz z konkurencją, z tym, że ktoś nas traktu
je bez sentymentów. Ważne jest, by chcieć i nie bać się tej konfrontacji. Musimy być na to psychicznie gotowi. Nie każdy powinien decydować się na taki wyjazd, dla niektórych może być to za twarda lekcja. Jeśli jednak czujesz, że jesteś w czymś dobry i faktycznie chcesz się̨ sprawdzić, warto zdecydować się na taki wyjazdowy krok.

V.: Masz znanych rodziców. To bywa denerwujące?

L.G.: Wspominając szkolne klimaty, jeśli już miałam problem, to raczej z tym, że myślałam, iż ludzie traktują mnie nieszczerze, są interesowni. Nie mówię o casusie znanych rodziców, bo wtedy jeszcze nie byli aż tak bardzo znani. Bardziej chodziło o to, że są właścicielami restauracji i że mają pieniądze. To z tym musiałam walczyć: żeby ktoś mnie lubił dla mnie samej, a nie dlatego, by coś na tym zyskać. Do tej pory jestem ostrożna, jeśli chodzi o przyjaciół i mam tych samych od lat. Czas pokazuje, kto dla nas ile znaczy. Ktoś, kto mnie zna i zna mamę, wie, że jesteśmy różne, nieustannie nas porównując, wie, że robi mi na złość.

V.: Nie lubisz leserstwa i ośmieszania w pracy innych. Czego jeszcze „nie trawisz”?

L.G.: Każdy ma swoją drogę do przejścia. Nie powinniśmy jej oceniać. Każdy jest inny i rozumuje na swój własny sposób. Jedni są wzrokowcami, inni wolą słuchać, po prostu mamy różne metody poznawcze, nauki, dojścia do celu. Niefajnie jest to ośmieszać. To jest praca. Ważne, by ją wykonywać z przekonaniem i jak najlepszymi intencjami. Jeśli się starasz i jesteś zaangażowany, to masz już 80% szansy na sukces. Wysługiwanie się innymi nie jest specjalnie szlachetne.

V.: Do czego mona porównać uczucia towarzyszące gotowaniu?

L.G.: Można to porównać do bycia odkrywcą. Robisz coś, co jest nowe i to cię całkowicie pochłania. Odkrywanie nowych smaków jest jak odkrywanie nowych lądów. Tak to pojmuję. Tu bardziej o taką adrenalinę chodzi… Czujesz, że zaczynasz robić, doświadczasz czegoś zupełnie nowego, nawet nie jest ważne, że ktoś wcześniej to odkrył. Liczy się to, że ty to odkryłeś. Ważne jest to ekscytujące poczucie zadowolenia z siebie, że jesteś konsekwentny, że poszukujesz.

V.: Lubisz ryzykować?

L.G.: Lubię wychodzić ze strefy komfortu. Wydaje mi się, że nie rozwijamy się, kiedy nie podejmujemy nowych wyzwań. Warto wiec, jeśli w czymś czujemy się wygodnie, podjąć wyzwanie, zrobić coś nowego. Lubię podejmować wyzwania, bo rozwijają nas. Nie ma sensu przejmować się czy wręcz frustrować tym, co robią inni, nieważne, czy robią mniej czy więcej. Rozliczajmy się z samym sobą – tak jest uczciwiej.

V.: Wielu czytelników „Victora” lubi gotować. Co byś im doradziła?

L.G.: Wszystkim osobom, które lubią gotować, przede wszystkim radzę, żeby trzymały się na początku produktów. Rozeznaj się w tym, jakie są różnice miedzy nimi. To jest podstawa, kulinarne abecadło. Polecam eksperymentowanie. Porównuj produkty kupione na bazarku z tymi z supermarketu. Wszystko po to, by nabrać świadomości. Jeśli n przykład lubisz kurczaka, sprawdź, ile wody podczas pieczenia straci ten kupiony na bazarku, a ile ten przyniesiony z dyskontu. Gotowanie przede wszystkim to dawanie czegoś innym. Dlatego zawsze warto się starać. Gotując, przekazujemy bardzo dużo uczuć. To jest najlepsza motywacja.

 

Z Larą Gessler rozmawiał Artur Maciak
Zdjęcia: Ingram Publishing, archiwum prywatne
(Autorem zdjęć jest Wojciech Affek)

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji ?
Zrobisz to wypełniając poniższy formularz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *